GeoRentCar

Samochodem Po Gruzji

PL-about-GRC-01

To był pierwszy, tak daleki wyjazd z naszym dziewięciomiesięcznym synem. Do tej pory podróżowaliśmy wspólnie na krótszych dystansach i – co było w takim układzie oczywiste – jeździliśmy naszym własnym samochodem. Gdy jeszcze Chruczka nie było na świecie, środek transportu nie miał takiego znaczenia. Z jednym plecakiem można było przemierzyć całą Rosję (to Magda), albo włóczyć się autostopem po bezdrożach Egiptu (to ja…). Gdy pojawił się nasz syn, wszystko się zmieniło. Jego torba z ubrankami, słoiczkami, pieluszkami (na tydzień wzięliśmy 70 sztuk, a i tak musieliśmy jeszcze pięć dokupić) była cięższa od naszych bagaży. Teoretycznie mogliśmy zaryzykować, polecieć do Gruzji i na miejscu poruszać się pociągami (strasznie są powolne, z Kutaisi do Tbilisi jedzie się ponad 4 godziny, a to tylko ponad 200 kilometrów), albo napakowanymi ludźmi i dobytkiem „marszrutkami”. Ale nie byliśmy gotowi na to, by małemu dziecku fundować takie przygody i jazdę w nieznane bez fotelika, czy możliwości zatrzymania się, gdy mały będzie miał ochotę na przerwę.

Rozwiązanie było na szczęście proste: przez internet znaleźliśmy najpopularniejszą w Gruzji wypożyczalnię samochodów Geo Rent Car, zamówiliśmy auto i po przylocie czekała na nas na lotnisku złota Honda CR-V. Oczywiście z fotelikiem dla dziecka (musieliśmy zamówić go dodatkowo) :-)

PL-about-GRC-02

Trochę się obawialiśmy tej Gruzji, bo to jeden z tych krajów, które się kocha od pierwszego wejrzenia albo szczerze nienawidzi. Część naszych znajomych mówiła nam przed wyjazdem: „To cudowne, fantastyczne miejsce pełne mądrych, wspaniałych ludzi i bajecznych krajobrazów”. Ale mieliśmy też zupełnie odwrotne relacje, także „z pierwszej ręki” – że to niebezpieczne miejsce, kierowcy są okropni a drogi fatalne. Nastawiliśmy się pozytywnie, choć przygotowaliśmy się też na to, że nie będzie się łatwo.

Nasze pierwsze wrażenie po wyjściu z terminala lotniczego w Kutaisi? – Ależ tu mają wypasione bryki! Na parkingu stały mercedesy, BMW, oraz wszelkiego rodzaju terenówki i SUV-y najlepszych marek. Potem dowiemy się od „miejscowych chłopaków”, że samochód dla Gruzina, to prestiż. Można mieszkać tu w domku przypominającym puszkę sardynek, można ubierać się w skórzane kurtki pamiętające szalone lata osiemdziesiąte, ale auto musi być na błysk. To kwestia honoru! Gdy to zrozumiałem, odetchnąłem z ulgą, że mamy pięknego SUV-a, który na ulicach budzi dobre emocje. A przed wyjazdem zastanawiałem się, czy terenowa Honda CR-V, to nie przesada…

PL-about-GRC-03

O tym, że terenówka była właściwym wyborem, przekonaliśmy się od razu po wyjeździe z lotniska. Samochód z automatyczną skrzynią biegów był całkiem zrywny, świetnie trzymał się szosy, a przede wszystkim bez większych problemów pokonywał dziury i fragmenty zerwanego asfaltu, które na gruzińskich drogach są normą.

Bo o ile samochody Gruzini mają wystrzałowe, to drogi, podobnie jak ich skórzane kurtki, przypominają to, co mieliśmy w Polsce a latach 80-tych. A sami domyślacie się, co to oznacza… Poza tym kierowcy w Gruzji faktycznie prowadzą, hmmmm… nieszablonowo. Brak pasów oddzielających jezdnie w dwóch kierunkach daje nieograniczone możliwości wyprzedzania: na drugiego, trzeciego czy czwartego. Normą jest także niezatrzymywanie się przed pasami. Ja pierwszego dnia zwalniałem chcąc przepuścić pieszych, i zostałem solidnie obtrąbiony przez wściekle omijające mnie samochody.

Najważniejsze, że Chruczek miał odpowiedni fotelik i sporo miejsca na nogi. Po raz pierwszy siedział też przodem do kierunku jazdy i czasem na długie minuty milkł (co do niego na co dzień niepodobne) i wpatrywał się z uwagą w okno. Fascynowały go mijane samochody. Również podczas postojów na karmienie, gdy siadaliśmy na poboczu drogi, przy małych wiejskich „sklepikach ze wszystkim” nieustannie gapił się na przejeżdżające auta. Nasz mały mężczyzna jest najwyraźniej miłośnikiem motoryzacji ;-)

PL-about-GRC-04

Dzięki temu, że mieliśmy do dyspozycji samochód terenowy, Gruzja stała się dla nas dostępna i mogliśmy zrealizować kilka szalonych pomysłów, takich jak jednodniowy wypad z wiosennego Tbilisi do dawnej stolicy – Mcchety, który przerodził się w dość karkołomny pomysł wyprawy w ośnieżone góry i zobaczenia z bliska legendarnego Kazbeku. Pięciotysięcznik w masywie Wielkiego Kaukazu, do którego ponoć greccy bogowie przybili tytana Prometeusza karząc go za podarowanie ludziom ognia, to majestatyczny, ośnieżony szczyt, który nawet z daleka budzi respekt. Przeżyliśmy podczas tej wyprawy niezłą przygodę, którą opisaliśmy TUTAJ.

PL-about-GRC-05

Pewno nie byłoby tych wszystkich nerwów, gdybyśmy wcześniej nie pokrążyli sobie beztrosko po szutrowych drogach zaglądając do małych, zagubionych w górach monastyrów. Odwiedziliśmy też święte miejsce Gruzinów – Dżwari. Honda dzielnie sobie radziła na krętych i kamienistych drogach, a Chruczek nauczył się soczkowej samoobsługi. Sam sięgał po ustawioną na „półeczkopodłokietniku” butelkę ze smoczkiem i popijał swój ulubiony gruziński nektar jabłkowo-brzoskwiniowy.

Następnego dnia zapakowaliśmy wszystkie nasze bagaże i wielki wózek dziecięcy do obszernego i pojemnego bagażnika i wyruszyliśmy w ponad czterystukilometrową trasę do Batumi. Ostatnia godzina drogi prowadzi malowniczo, tuż nad Morzem Czarnym. Tu naprawdę wygląda czasem, jak na francuskiej Riwierze.

PL-about-GRC-06

Batumi, stolica autonomicznej republiki Adżarii, to połączenie Las Vegas (wszędzie buduje się nowoczesne, architektonicznie niezwykle pomysłowe hotele i kasyna), warszawskiej Pragi (podobna zabudowa i klimat) i Nowego Jorku (siatka naprzemiennych ulic jednokierunkowych). I tak jak w Ameryce, byłoby nam bardzo trudno zrealizować wszystkie nasze plany bez samochodu. Wypady do kurortów położonych przy samej tureckiej granicy, antycznej twierdzy Gonio (to tu wylądował Jazon z Argonautami, by wykraść władcy Kolchidy Złote Runo), czy do rewelacyjnego i wielkiego ogrodu botanicznego, położonego 10 kilometrów od centrum miasta, udały nam się tylko dzięki temu, że byliśmy „mobilni”. Wjechaliśmy też krętymi drogami w nadbrzeżne góry Małego Kaukazu, by zobaczyć słynne dwunastowieczne kamienne Mosty Królowej Tamary i zjeść pyszny regionalny obiad w jednej z winnic na zielonych wzgórzach.

PL-about-GRC-07

W ciągu tygodnia przejechaliśmy ponad tysiąc kilometrów. Całe szczęście, że benzyna w Gruzji jest o 1/3 tańsza niż w Polsce :-)

Ostatniego dnia mieliśmy w planie tylko śmignięcie z Batumi na lotnisko w Kutaisi – 140 km. Ale okazało się, że mamy jeszcze trzy godziny do odprawy, więc podjechaliśmy do pięknego monastyru Gelati, a potem na herbatę (to ja), kieliszek wina (Magda) i ostatnią „gruzińską pizzę” czyli chaczapuri z serem, w ogródku kawiarni przy rynku w Kutaisi. Posiedzieliśmy wystawiając twarze do słońca, a potem w piętnaście minut dojechaliśmy na lotnisko, gdzie z żalem rozstaliśmy się z naszą Hondą. Przez ten tydzień zdążyliśmy się ze sobą zaprzyjaźnić. Będziemy za sobą tęsknić… :-)

PL-about-GRC-08

Plusy i minusy wypożyczenia samochodu w Gruzji:

Dla kogo – wypożyczenie auta w Gruzji jest idealne dla rodziców z małym dzieckiem, ale także dla rodziny. Komfortowo dojeżdża się do ważnych zabytków, które najczęściej są poza głównymi szlakami. Można w każdej chwili się zatrzymać, gdy jest sytuacja awaryjna.

Komfort – nasz samochód był bardzo pakowny. Woziliśmy ze sobą bagaże swoje i Chruczka, spory wózek, podręczną torbę z pieluszkami i jedzeniem. A jeszcze spokojnie mogliśmy Chruczka karmić i przewijać na tylnym fotelu.

Cena – To największy minus, bo taniej oczywiście byłoby poruszać się pociągami i marszrutkami. Koszt wynajmu samochodu to kilkadziesiąt dolarów dziennie, w zależności od modelu (SUV-y, takie jak nasz, kosztują ok. 80 dolarów). Do tego dodatkowo za transport samochodu na lotnisko i z lotniska zapłaciliśmy 150 dolarów (odbiór w centrali firmy, w Tbilisi jest darmowy, a można dojechać tam np. pociągiem – my zrezygnowaliśmy z tej opcji, bo nie chcieliśmy dodatkowo męczyć Chruczka po pierwszej podróży samolotem, a do Gruzji przyjeżdżaliśmy w nocy).

Zwiedzanie – bez auta na pewno nie zobaczylibyśmy w Gruzji tak wiele, podróżując z małym dzieckiem. Tylko dzięki własnemu samochodowi mogliśmy dotrzeć w najdalsze miejsca – do górskich monastyrów i na bezdroża Kaukazu. Pod granicę z Rosją, a w Adżarii pod turecką. Bez auta, na każdym, nawet najkrótszym etapie podróży, musielibyśmy płacić za taksówki, bo często tylko one docierają do kościółków ukrytych głęboko w górach, z dala od ludzi. Z maleńkim dzieckiem i toną bagaży nie było też najmniejszych szans na oszczędniejszą podróż wypchaną ludźmi marszrutką. Dopiero kiedy Chruczek będzie starszy, będziemy mogli o tym pomyśleć.

Jak my to dokładnie zrobiliśmy – zdecydowaliśmy się na wypożyczenie Hondy CR-V (z uwagi na stan dróg i to, że kraj jest górzysty, a także duuuużą pojemność bagażnika) w wypożyczalni Geo Rent Car z Tbilisi. Za dodatkową opłatą zamocowano w aucie fotelik dla dziecka i dostarczono nam samochód na lotnisko w Kutaisi, więc nie musieliśmy jechać po nie do stolicy. Także na lotnisku oddaliśmy samochód pod koniec podróży.

Stwierdziliśmy, że nie jest to najtańsze, ale na pewno najbardziej komfortowe rozwiązanie dla podróżującej rodziny. A Wy jak sądzicie? Opłaca się wypożyczać samochód czy są lepsze sposoby na podróżowanie z niemowlakiem?

źródło

Chat